Loading

Powoli twardnieję, jak to nazwał Tomasz Jastrun w swojej książce „Wyszedł z siebie i nie wrócił”, twardnieję i lada moment nie będzie miękkich miejsc. Wychodzę z ludźmi na miasto, w miarę ograniczonych możliwości bywam, interesuje się, pukam do drzwi, wchodzę, wychodzę, otwieram i zamykam usta, generując przy tym fale dźwiękowe. Choć wolę, gdy czynność kłapania (paku paku – tak, to nawiązanie do Scotta Pilgrima) odbywa się celem konsumpcji dóbr wysokokalorycznych. Tak czy inaczej mówię, ale już nie mówię z „miękkości”, nie o sobie, nie o tym, co czuję, przeżywam, lubię i szanuję. Raczej omawiam pogodę, politykę, ekonomię i inne rzeczy, które szanujących się artystów nie powinny obchodzić. Płyty zaczynam oceniać po maestrii wykonania, przemyślanej konstrukcji, wybranym na promocję singlu czy detalach wydania. Gdzie się podziały emocje? Twardnieją, jak wylana z wulkanu lawa, stygną na twarzach trupów z Pompei.

Kiedyś miałem przyjaciela – raczej nie przyjaciół, nieszczęśliwie nadużywałem tego przymiotnika – mówiłem o wszystkim, pokazywałem siniaki, naciskałem je, wsadzałem palce w rany, żeby pokazać ich brzegi. Nie tędy droga, stwardniałem, zalaminowałem się, uszczelniłem. Siedzę i mówię, że wystawa była dobra, bo trafnie komentuje sytuacje geopolityczną, a przecież wolałem, preferowałem, wybierałem tę sztukę, która mnie personalnie porusza! Gdzie nastąpiło odejście od siebie, zmiana z narracji pierwszoosobowej na trzecioosobową?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top