Loading

Położyłem się wczoraj spać o jedenastej, o wpół do dwunastej skończyłem taniec w ciepłych prześcieradłach, powlokłem zmęczone i ciężkie ciało do komputera – od kiedy pracuję w innym pokoju niż śpię, jestem znacznie bardziej wydajny. Nie zmieniło to jednak nawiedzającej mnie regularnie bezsenności, nocnej przyjaciółki, która jest zaprzeczeniem pożądania i bliską znajomą frustracji, w dobrych relacjach pozostaje też z dojmującym smutkiem. Tak czy inaczej, klapiąc bosymi stopami o udające panele kafelki, poszedłem przed komputer, swoim zwyczajem oparłem uda o brzeg biurka, klawiaturę położyłem zaś w okolicach krocza, co może nie brzmieć najlepiej, za to jest szalenie wygodne. Akompaniamentem dla nocnego dzięcioła, co kolejną już klawiaturę próbuje przyprawić o szczerbaty uśmiech, stał się Jamie Woon, do którego albumów wracam wiernie, niemal mimowolnie. Żałuję, że nie mam „Mirrorwriting” na winylu, jestem przekonany, że brzmiałoby fantastycznie – wersja elektroniczna (w opozycji do analogowej; uwaga dla tych, którzy nie są obeznani z formatem LP) jest mi bardzo bliska, jednak winyl to winyl. Rose is a rose is a rose. Pytanie: czy muzyka stworzona elektronicznie – Jamie uwielbia przekształcać na różne sposoby nie tylko dźwięk gitary, ale także swój głos, chętnie korzysta z syntezatorów – powinna trafiać na nośniki analogowe? Pewnie to sprawa miksu, albo mojej dziwnej winylofilii. Jestem pewien, że gdybym wpisał to ostatnie słowo w odpowiednią wyszukiwarkę, trafić mógłbym na bardzo wyrafinowane (i błyszczące) porno. Razem z Jamiem pisałem do trzeciej w nocy, kiedy to znaki przestały być wyraźne, a ja po pięć razy przepisywałem tą samą linijkę tekstu – nie zrozumcie mnie źle, nie ma nic lepszego, niż tekst wypolerowany, gładki i przyjemny do trzymania w ustach. Czuję się w nim pieszczotę, dodatkowy czas i wysiłek, jednak wysiłek nie może stać się przesileniem, męczarnią półprzytomnego umysłu, który zamiast tworzyć jasną wizję, babra się w sennym majaku. Wróciłem do łóżka i zasnąłem, niespokojny wizją pobudki o siódmej rano. Takie noce zdarzają się częściej, niż moglibyście sobie wyobrazić, a ich efekty są o wiele skromniejsze, niż wypadałoby zasugerować.

 


 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top