Loading

Lubię horrory, lubię się bać do momentu, w którym każda trzeszcząca deska w mieszkaniu przywołuje na myśl skradającego się morderce, a cień rzucany przez znajdujące się za oknem drzewo wygląda dokładnie jak klaun-morderca z wielkim korkociągiem (nie uwierzylibyście, jakie rzeczy można z nim zrobić). Tak, bałem się klaunów zanim to było modne. Dlatego dziś trochę strachów, większych i mniejszych, jednak zawsze przyjemnie pobudzających – protip: na drugą randkę dziewczynę zabierz właśnie na horror, mocne przeżycia sprawiają, że ludzie szybciej angażują się emocjonalnie.

Obejrzałem “To” (“idę do kina. na co? na to. na co? na to.” – nigdy się nie znudzi). Bardzo dobry film, przy czym nie jest to najlepsza z ekranizacji Kinga – tą było, jest i najprawdopodobniej będzie Shawshank. A dokładniej “Skazani na Shawshank” z ’95 roku, produkcja tak mocna, jak bicepsy Arnolda za młodu i poruszająca jak… Trzęsienia ziemi w Japonii? Muszę skończyć z durnymi metaforami, w dobie poprawności politycznej może się to dla mnie źle skończyć. “To” nie jest kolejnym, głupim straszydłem przepełnionym jumpscareami, nie nadużywa możliwości współczesnej technologii, nie bije po twarzy obrzydliwymi scenami. Nie to, że ich nie ma – są, wprowadzone rozsądnie i po odpowiednim zbudowaniu napięcia. Delikatny balans pomiędzy historią dorastającej grupki przyjaciół, niekiedy trudną, często zabawną i pełną sentymentu, a elementami grozy jest najbardziej udanym elementem obrazu. W stosunku do książki fabuła została podzielona na dwie części, zrezygnowana także z niektórych scen, wyciągając esencję horroru. W tym zniknęła scena niespodziewanej orgii paczki dzieciaków – z oczywistych powodów (przepyszna gównoburza), remodelowano ostatnie starcie z Pennywisem na wersję mniej “mistyczną”. Moja ocena? Dziewięć na dziesięć zjedzonych przez klauna dzieciaków.

Jeśli już się boicie to nie przestawajcie, ponieważ z Empikowych półek spogląda On. A imię jego dwadzieścia-ileś książek wydanych, trzydzieści lat i nienaganny wizerunek człowieka, który toaletę odwiedza jedynie po to, żeby umyć dłonie. A i to niechętnie. Śmieszki śmieszkami, a Remigiusz Mróz wyrósł na literacką potęgę, jednoosobową fabrykę słów, która spełnia nie tylko marzenia czytelników o autorze, ale i marzenie młodych ludzi o samodzielnej karierze. No cóż, dobrze dla niego, tymczasem ja skończyłem “Czarną madonnę” i… Nie było źle, książka ma ciekawą fabułę, jest sensownie skonstruowana i ma wiele momentów, po których masz ochotę spoglądać za siebie z obawą. Tak już jest z tymi horrorami religijnymi, że bazują na pierwotnych strachach karmionych przez godziny spędzone w kościele i na katechezach. Dobierają się do człowieka nie tyle poprzez realność, co odrealnienie świata w nim przedstawionego – tak właśnie jest z “Czarną Madonną”, która odbiega bardzo daleko w krainę fantazji. I dobrze. Drażnił mnie za to język, wiele postaci wypowiada się tak, jakby ich słownik odlany został z tej samej macierzy. Zakończenie zaś przywodzi na myśl Interstellar i japońskie mangi, paradoks goni paradoks, deus ex machina jak zawsze przychodzi z pomocą. Daję siedmiu ulizanych prawników z dorobkiem literackim na dziesięciu możliwych.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top