Loading

Niedawno był dzień nauczyciela i żeby dzień święty święcić, zdecydowałem się podzielić z Wami anegdotą o mojej pierwszej i najlepszej nauczycielce – Babci. Otóż nie jest to osoba, z którą można bezkarnie zadrzeć (szczęśliwie, ja też do takich nie należę), dowiedziałem się to już za czasów podstawówki, kiedy próbowałem nie jeść pełnych obiadków. To pewnie tłumaczy, dlaczego jestem teraz tak “krągły”, a jeśli nie tłumaczy, to przynajmniej stanowi wystarczająco dobrą wymówkę.

Wracając do historii – w rodzimych Tarnowskich Górach, moja kochana, siedemdziesięcioletnia Babcia (a było to koło 2014 roku), udała się do drogerii. Przyglądając się wyeksponowanym na półce produktom, odłożyła obok siebie torbę, która uchyliła wnętrza, pokazując znajdujący się w jej wnętrzu portfel. Kątem oka zauważyła ruch, a gdy się odwróciła – ślad po nim zaginął. Za to kobieta, dobrze ubrana trzydziestolatka kierowała się spokojnie do wyjścia.

-Zabrała mi pani portfel! – powiedziała do niej Babcia.

-A skąd – zaprzeczyła, nie zwalniając kroku.

Zamiast powołać się na pomoc osób trzecich, ewentualnie wzywać karzącej Boskiej ręki, Babcia udała się  w pościg, torbę i wątpliwości zostawiając za sobą. Na Krakowskiej, tarnogórskiej i samozwańczej Wall Street (co druga witryna to bank) dopadła podejrzaną i nieustępliwie żądała zwrotu portfela. Ta w końcu spanikowała i rzuciła portfel przed siebie, ratując się ucieczką. Nie trzeba chyba mówić, że monitoring sklepu ułatwił identyfikacje złodziejki-nieudacznicy. Choć może była całkiem sprawna, tylko trafiła kosa na kamień, motorówka na manata (wait, what?).

Od Babci nauczyłem się miłości do słowa pisanego i tego podejścia, tej mądrej nieustępliwości, dbania o własne dobro i za to jestem Jej dozgonnie wdzięczny.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top