Loading

Bliska mi osoba zwróciła uwagę – piszesz poważne wiersze, a na blogu to pitu-pitu. A ja tak, a jakże inaczej i choć często zgrzytam metafizycznym zębem, na codzień mój język jest lżejszej wagi, zahacza o banał i kąpie się w slangu. Jak to kiedyś tłumaczył mi kolega z osiedlowej siłowni: “dojebany” to nie to samo, co “dokokszony”, nie wspominając o “odjebanym”. Badania lingwistyczne uczą nas, że język małych grup społecznych, konkretnych środowisk i branż dąży do najmocniejszego ładunku emocjonalnego przy mocnej specyfikacji (małym polu znaczeniowym). To zwiększa niedostępność tych słów dla zwykłych śmiertelników, to po części powód, dla którego ekstensję możemy rozumieć powierzchownie. Mogę pisać tak, mogę pisać inaczej. Nic nie poradzę, że śmietnik mojego mózgu wylewa fale popkultury, gładko wymieszanych ze sobą sacrum i profanum, że wciska kaganek w dłoń cyborga zombie.

Moje wiersze czasem morfują, zmieniają się, kiedy nie patrzę. Ostatnio pojawiło się kilka pseudopolitycznych, w tym ten:

Samobój

Gdybym chciał komuś jebnąć,

to bym jebnął, a nie udawał,

że to w imię Niepodległości.

Dziś na szczęście nie muszę.

Internet mi wystarcza,

żeby kogoś sponiewierać.

Poczucie przynależności

kibica, który pobił piłkarza

swojej drużyny.

 

Nie jest w moim zwykłym stylu, czuję, jakby rządził nim internet.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top