Loading

Ostatnim bastionem obrony przed upadkiem tego dziennika jest moja bezsenność – gdy wszystko inne jest popisane, gdy w kuchennym zlewie nie zalega już ani jeden zasyfiony kubek, gdy noc wlała się już w okna dziewięćdziesięciu procent moich sąsiadów. Wtedy. Wtedy, to znaczy teraz, siadam i piszę.

Spytano mnie, dlaczego piszę tak, a nie inaczej. Całkiem dobrą odpowiedzią byłoby, że “inaczej nie umiem”, choć równie prawdziwe jest “inaczej nie chcę”. Znacie to irytujące uczucie, gdy ktoś poucza was, choć wcale nie chcecie jego rad? Jak na przykład kroić cebulę, doskonale wiem jak ją mam kroić i nie, nie jest mi potrzebny bardziej wydajny, czy szybszy sposób, jestem zadowolony z mojego, dziękuję. A w trakcie krojenia, jednym okiem będę oglądał stare teledyski, żeby moje gotowanie było jeszcze mniej wydajne, jeszcze wolniejsze.

Nie znam tej dziewczyny osobiście, pisała do mnie kilka razy, głównie w kwestiach związanych z moją starą firmą. Oczywiście miła, wypytywała nawet o okoliczności śmierci Taty – to już niemalże rok, od kiedy dowiedziałem się, że umiera. Mieliście kiedyś sen, w którym wszystko spada wam na głowę? Wali się, upada, niszczy, kruszeje? To był ten czas, czas ziszczenia dziecięcych koszmarów, jednak tam spadały mi na głowę wieżowce, zamki z piaskowca i marmurowe płyty. W rzeczywistości rozpadł się zamek z piasku – wystarczyło tylko dmuchnąć.

Mam pewną obojętność, która mocno uwypukliła się w obliczu wszechobecnego duetu Taconafide. Doszło do mnie z pełną, jaskrawą wręcz pewnością, że nic mnie nie obchodzi, czy się to komuś podoba, czy nie. Jedni chwalili, inni krytykowali, Żulczyk – jak to Żulczyk – zapewnił komediowy komentarz “w punkt”. A ja przez nastoletnie lata walczyłem o rocka, metal i cięższe brzmienia, potem uwierzyłem w k-pop i przez cztery lata pukałem od drzwi do drzwi, od radia do TV przekonując, że warto to puścić, a teraz już nie walczę, słucham sobie i w sumie nic mnie nie interesuje, czy Taconafide się komuś podoba czy wprost przeciwnie. Czy jest autentyczne, czy raczej wcale nie. Słucham ponownie całych płyt, pochłaniam wszystko i wiem, że to jest dobre, że w pewien sposób najlepszym krytykiem muzycznym byłem w wieku lat trzynastu, kiedy jeszcze nie interesowało mnie skąd muzyk przychodzi, jaki gatunek reprezentuje i czy wpasowuje się to w moje “lubiane” trendy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top