Loading

Po podróży dom wydaje się obcy. Niby te same graty w tych samych miejscach, a jednak przykryte cienką warstwą niecodziennego kurzu. Inaczej jest, gdy ktoś w domu czeka, dlatego tak chętnie wracam na Śląsk – tam moja twarz jest pożądanym widokiem. Nigdy nie wysłałem pocztówki ze Śląska, nigdy nawet takich tam nie widziałem.

Nie mogłem spać, więc sprzątałem, ścierałem i odkurzałem, myłem i szorowałem, nawet te uciążliwe smugi na białej, kuchennej ścianie. Sąsiedzi muszą mi wybaczyć, nie zdarza mi się to nazbyt często. W łazience znalazłem włosy osób, których u mnie nigdy nie było, a pod łóżkiem opakowanie po niezjedzonej czekoladzie. Lustro znacznie lepiej mnie odbija odkąd je umyłem, za to zlew jest o kilka milimetrów mniejszy po usunięciu białawego osadu. Pocztówki z wyjazdu po raz kolejny wysyłać będę z Warszawy, na kuchennym stole leży magnes z Doktora Who, przecieram czoło i myślę, że jutro nie wstanę do pracy. Wstałem, zdziwiony błyszczącą powierzchnią parkietu w moim biurze.

Brudnym pozostał jedynie balkon. Zbyt zimno było w nocy, żeby pchać się tam z mopem – wrzos Ernest spoglądał zza okna, stęskniony za odrobiną ładu i porządku. Dziś doczekał się towarzystwa białego prania, póki co musi mu to wystarczyć. Najładniejsza z pocztówek nie miała nic wspólnego z Londynem.

One thought on “Dzienniki jawne cz.196

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top