Warszawa
ddnwierszem@gmail.com

Dzienniki jawne cz.121

Strona autorska.

Dzienniki jawne cz.121

Kiedyś pisałem o tym, że dopiero jako dorosły zauważyłem, że Power Rangers są rasistowscy: żółta była Azjatką a czarny – murzynem. Co tylko wskazuje na to, że jako dzieciak byłem prawdziwie pozbawiony uprzedzeń, dlatego mam problem z niektórymi kampaniami społecznymi. Chciałbym wrócić do tego stanu, w którym płeć czy kolor skóry nie miały najmniejszego znaczenia w kontaktach międzyludzkich – obecnie polityczna poprawność sprawiła, że starając się być uprzejmym i wrażliwym stajemy się… sztuczni. Jak mam zawrzeć z kimś przyjaźń, jeśli nie nazywając go pieszczotliwie „debilem”? Jak można się zakochać, nie łamiąc ostatnich barier? Jak można zaakceptować siebie, jeśli nie akceptuje się swojej – równej i w tym niesprawiedliwej – antypatii?

Kiedyś wracałem z okolic Metra Politechnika pierwszym autobusem nocnym. Jak każdy wie, nocne żądzą się własnymi prawami, to znaczy, że dawno przestałem dziwić się rzeczom, które widziałem w warszawskich (i nie tylko) N-kach. Wsród cudów i dziwów, berów i bojek znajdował się mężczyzna z kebabem wetkniętym na sztorc w kieszeń, grupa przebranych za panie lekkich obyczajów Anglików, grupa rapująca i beatboxująca, starszy pan udający Piłsudskiego… Lista się ciągnie, ale! Wróćmy do niedawnej nocy, gdy od drzwi uderzył mnie zapach kadzidełek i curry. Może to okropny stereotyp, ale tak właśnie było! A w autobusie, ramię ramię, ocierając się o siebie jedwabnymi szatami do kolan (większość miała założone na nie puchowe kurtki) w jaskrawych kolorach, siedzieli obok siebie czarnowłosi hindusi. Spojrzeli na mnie ze zdziwieniem niemal tak samo wielkim, jak ja na nich. Pewnie wracali z imprezy, pewnie wszyscy się znali, jednak dziwny spokój i przytłumione rozmowy sprawiły, że zacząłem snuć napędzane bezsennością fantazje.

A co, jeśli jedna nuta wystarczyłaby, żeby podnieśli się ze swoich siedzeń i zaczęli tańczyć, przejmującym śpiewem opowiadając historie miłosną? Co, jeśli byli gotowi rozsypać płatki kwiatów, w idealnej harmonii wirować wkoło, obracając połami swoich szat jak rozpędzone bączki? Jak skrzydłami wiatraka? Patrzyłbym na solo jednego z nich, wynurzającego się spośród wachlarzy niespokojnych palców jego kompanów, niespodziewanie ubranego inaczej, niż wcześniej. Śpiewającego z uśmiechem na ustach, co z tego, że Praga, że jesienna chandra, że rachunki, że praca, że codziennie za mało czasu na życie.

Mój Boże, jednak lubię Bollywood. A może chcę mieć w życiu odrobinę magii?

2 komentarze

  1. Betelgeuse pisze:

    Moja wyobraźnia pofrunęła razem z tymi Hindusami, śpiewem i tańcem. I zapewne fruwać będzie dalej jak tylko spotkam jednego na swej drodze. A więc, choć całkiem miły i kolorowy, zaliczam nowy stereotyp, paradoksalnie. No dzięki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *