Warszawa
ddnwierszem@gmail.com

Dzienniki jawne cz.123

Strona autorska.

Dzienniki jawne cz.123

Nie ulec jesieni.

Jasne, że trzecia pora roku bywa ładna. Odcienie żółci i pomarańczu, liście, przyprawa dyniowa, spacery i zakolanówki. Bywa, co oznacza mniej więcej tyle, że na co dzień wychodzę z domu prosto w paszczę zimna, na pożarcie zawieruchy i/lub deszczu. A to nie jest wesoły deszczyk, tylko deszczysko, gorsze nawet, niż zimą – brak akcesoriów (parasol, pelerynka, wysokie buty) daje więcej, niż 50% szansy na jesienną chorobę. A tych nie brakuje, co znowu owocuje (joł, joł zostanę raperem) urlopami zdrowotnymi, L4, opóźnieniami w… praktycznie każdej dziedzinie, najgorzej jest oczywiście w urzędach. Zaprawdę powiadam Wam: w Polsce nie ma czasu dobrego, żeby wybrać się załatwiać sprawy oficjalno-urzędowe, acz jesień jest zła pośród złych.



Mam słabość do GC, żałuję, że nie napisał więcej utworów w tej poetycko-sentymentalnej nucie. Wracając do jesieni! Zawsze pojawia się we mnie pokusa: robić mniej. Jest to opozycja wiosennego szału rozgrzanej pierwszym słońcem głowy (więcej, więcej, więcej), cichy skrzat przywiązujący mnie nad ranem do łóżka, ciągnący powieki wieczorami w dół, kiedy to powinienem pisać, psujący humor bezustannie i zabierający wenę. Czasem ma na imię Chandra, czasem jest to Niepokój, często Bezsenność, choć z ostatnią nauczyłem się na swój sposób walczyć. Jest wszechobecny i niezmordowany, a jego celem jest utrudnienie mojego życia – nie w sposób ostateczny, bo przecież poważna choroba nie powodowałaby wyrzutów sumienia. A zaspanie, czy inne zaniedbanie kończą się winem z winą, bezmyślną godziną. Albo i kilkoma, pomiędzy sobą a miastem, pomiędzy łóżkiem a komputerem, daleko w sieci.

giphy

Jest na to sposób – nie dać się wprowadzić w spiralę snu i zamuły, pokonać przeciwności jesiennego losu, kreatywność ożywić choćby i kosztem poczytalności. To co zmarnowane, niech takim pozostanie, to co można z ziemi podnieść, przedmuchać i użyć – niech takim się stanie, w końcu nigdy nie rozumiałem co za idiota płakałby nad mlekiem. Nad dobrym whiskey, szejkiem białkowym (to cholerstwo tak się klei), może nawet colą. Ale nad mlekiem? Dlatego zakładam uprząż krnąbrnym humorom i spoglądam na liście z błyskiem w oku, nie całkiem umrę ukryty pod deszczem, za chmurą wcześnie znikającego słońca. Nie całkiem umrę.

Jedna odpowiedź

  1. Dana pisze:

    Wiosna nadejdzie “wiosna , wiosna., ach to ty!”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *