Warszawa
ddnwierszem@gmail.com

Dzienniki jawne cz.127

Strona autorska.

Dzienniki jawne cz.127

Kalendarz na rok 2016 powoli się kończy, kończy się listopad i wiem, że wiele rzeczy ma zakończenie niespodziewanie, skrada się do mnie jak rozwolnienie po popiciu meksykańskiego burrito mlekiem czekoladowym. Nagle, acz było to do przewidzenia.

Notatki z kalendarza w większości powyrywałem, co na nich było nie wiem, nie pamiętam, bądź pamiętać nie chcę. Dobry jestem w celowym zapominaniu, olewaniu i znikaniu. Całe życie to sztuka powolnego zanikania, zacierania po sobie śladów. Przed chwilą moja ręka leżała na biurku, potem był ślad: lekko wilgotny, ledwo ciepły… Teraz już go nie ma, podobnie kartek, na których zapisane mogły być kiepskie wiersze, pobożne życzenia, westchnienia, wspomnienia, daty urodzin ważnych osób.



Kalendarz na nowy rok mam piękny. Jeśli nowy rok będzie choć w połowie tak ładny co tłoczony kalendarzyk, to czeka mnie pasmo zwycięstw, szampana, pięknych kobiet i bezkalorycznej pizzy. Najlepiej byłoby, gdyby analogicznie do poprzedniego kalendarza (mały brzydki i krzykliwie czerwony), podobny kontrast w moim strumieniu zdarzeń byłby bardziej, niż mile widziany. Może w końcu uda mi się zerwać romans z glutenem – jasne, nie wierzymy w glutenofobię, a jednak nie jedząc pieczywa czuję się o tyyyyyle lepiej – może uda się spełnić życzenia sprzed roku, dwóch lat bądź trzech, te postanowienia noworoczne. Dziwnie repetytwne. Może uda mi się skończyć prozę, tą konkretną i najlepszą, tą po której poczuję się pisarsko spełniony. Bzdura, nigdy się tak nie poczuję, bo nie umiem czuć spełnienia czy zadowolenia z siebie, o czym pisałem już wiele razy. To ten głód mnie napędza.



Wczoraj wieczorem byłem w Zamieszaniu, popijając Old Fashioned i spoglądając na palmę, która może jest prawdziwa (jak myślą turyści), a może nie, pomyślałem: to mój czas. Nie czas przygotowań i siania, nie, to już było przez ostatnie kilka lat i mogę to za sobą zamknąć. Kolejny koniec, drzwi wtapiające się gładko w ścianę – czy cokolwiek tam było? Nadchodzi czas żniw, wystawiania twarzy do słońca, ciepłych uścisków ale i ciężkiej pracy. Będzie warto.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *