Warszawa
ddnwierszem@gmail.com

Dzienniki jawne cz.140

Strona autorska.

Dzienniki jawne cz.140

Ponieważ jestem po seansie “Sztuki Kochania”, a że “Bogowie” podobali mi się multum, tak o nowym filmie będzie dziennik.

Uwaga, będą spoilery!

Wpis nie powstałby, gdyby nie ostatnia scena filmu, to jest chamska reklama reedycji książki “Sztuka Kochania” (którą prawdopodobnie, jeśli dobrze przejrzycie półki w domu, gdzieś macie) – byliście na filmie? Wisłocką szanujecie już bardzo? To i książeczkę kupcie, myk, myk, myk! Nie wiem czemu, ale w kinie – gdzie reklamy są już na początku przez pół godziny – dodatek ich i na końcu, wplecenie w treść w tak oczywisty sposób… Mnie odrzuca. Ale nie samą reklamą film stoi, więc wróćmy do podstawy.

“Sztuka Kochania” to film zrobiony ładnie, Maria Sadowska ma swój styl, a scenarzysta Krzysztof Rak uwiódł mnie w “Bogach” i uwodzi dalej, nieprzerwanie, jest pewne continuum, poczucie trwałości dobrego pióra, immersji w świat przedstawiony. Jest nawet cameo Kota w roli Religi, co dodaje smaku, ba! Wszystkie małe wtrącenia są przesmaczniusie, amciu, amciu a dobór aktorów znakomity i nieoczywisty, nie bije się nimi po oczach. W ten świat się gładko wchodzi, na czas seansu zostaje jego integralną częścią.

Niestety, moim wielkim zarzutem wobec filmu o seksie jest seks sam w sobie. Jest przedstawiony w dwojaki sposób: zwierzęcy i posuwisty, jakby tajfun uderzał i porywał, takie “chcielibyśmy zrobić porno”, lub zabawnie, prześmiewczo i z dystansem. Nie znalazłem ani jednej sceny, w której byłby seks poważny, zmysłowy i prawdziwie zachęcający. Rozumiem, że to film dla gawiedzi, że to przesadnie gorszyć nie może, a ma się podobać i rozładowanie komiczne jest niezbędne, spadanie z kajaka podczas rżnięcia to taki must have tego sezonu, ale oczekiwałem więcej głębi. Podobnie jak od dziecięcych aktorów, ale to już inna bajka.

“Sztukę Kochania” polecam, jednak jest to trochę co innego, niż się można spodziewać – film biograficzny o kobiecie z pasją, walczącą o swoje racje, obciążoną toną złych doświadczeń życiowych zostaje… Spłaszczony przy pomocy komedii. I ja rozumiem czemu, ale trochę się nie godzę, bo hasło “ja jestem seksualną rewolucją i nadchodzę” nie brzmi tak dobrze chwilę po tym, jak bohaterka zerwała ze stołu obrus na sukienkę. Jestem rewolucją, ale z Bravo Girl, w końcu muszę się podobać. Wątki w postaci dziecka, które trochę jest, ale bardziej go nie ma, czy lekarz, partner w Ménage à trois decydujący pod wpływem chwili o porzuceniu partnerek i dzieci… To poza charakterem postaci, ale cóż, trzeba się było go pozbyć. Historia toczy się nierównym tempem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *