Warszawa
ddnwierszem@gmail.com

Dzienniki jawne cz.150

Strona autorska.

Dzienniki jawne cz.150

Nie dawajcie mi roślin. W moich rękach giną szybciej, niż jestem w stanie wypowiedzieć “szczeznął z rąk strzygi”, a śmierć będzie przykra, sucha i w zapomnieniu, jedynym towarzyszem agonii kurz i – zależnie od przypadku – totalny brak lub nadmiar słońca. Wiedzieliście, że roślinki światłolubne też można “spalić”? No to już wiecie.

Dziś podziwiałem paprotki i od razu powiem, że to nie moja wina, że właśnie za nimi i kaktusami przepadam najbardziej. I za makami! Ale jak tu posadzić maki w trzech niewielkich pokoikach? Tak czy inaczej, oglądałem paprotki, czułem się jak wyrwany z Tumblr czy „estetycznego” Instagrama i zastanawiałem się – brać albo nie brać; oto jest pytanie. Z jednej strony boję się kolejnego, mimowolnego mordu, a z drugiej może już dojrzałem i jestem odpowiedzialny, może klątwa zabójczej dla roślin dłoni rozwiała się gdzieś w powietrzu, przegnana zapachem świątecznej rzeżuchy?

Z innej beczki: jakiś czas temu natrafiłem w autobusie na rozmowę na temat właśnie rzeżuchy, młodzi – ale nie znowu na tyle młodzi, żeby nie wzbudziło to we mnie wesołości – ludzie zastanawiali się, czy nadaje się ona do konsumpcji. Czasem mam ochotę namieszać komuś w głowie, o mało nie włączyłem się do konwersacji dorzucając swoje trzy grosze w sprawie „rzeżuchagate”, skoro Neil Armstrong nigdy nie dotknął stopą powierzchni księżyca, to…

Wracając do zasadniczego tematu, chcę paproć w akwarium, czy raczej szklanej „bańce” – ponoć wystarczy otworzyć ją raz na tydzień, dolać wody i the end, proces opieki nad roślinką zakończony. Brzmi zbyt dobrze, by być prawdziwe? Najprawdopodobniej, boję się też, że gdybym już wytworzył codzienny rytuał podlewania nie byłoby tak źle, jednak raz na tydzień to zbyt mała częstotliwość, żeby weszło mi to w krew… Ryzyk-fizyk, czas na odrobinę zieleni w tym szarym mieście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *