Loading

Superbohaterowie rządzili moją wyobraźnią zanim jeszcze skończyłem dziesięć lat. Początkowo byli to Superman i Batman, potem pojawili się inni, głównie dzięki serialom telewizyjnym: Spiderman i Iron Man, niemal nieobecny we współczesności He-Man, czy plastykowy Action Man. Nieświadomy podziałów istniejących pomiędzy franczyzami, jako młody człowiek skłaniałem się ku treściom pełnym powagi, chciałem czuć doniosłość, nawet patos przedstawionych historii. Superbohaterowie musieli dla mnie dźwigać ciężar całego świata na swoich ramionach, mieli być tragicznymi herosami odzwierciedlającymi wysiłek Atlasa, a niejednokrotnie tragizm Syzyfa. Od tamtego czasu wszystko się zmieniło.

Kolejne fale filmów superbohaterskich przyjmowałem ciepło, niemal życzliwie. Oczywiście, wśród akceptowalnych i dobrych pozycji pojawiały się zgniłe jabłka: „Zielona Latarnia”, pierwszy „Thor” czy cokolwiek pod znakiem „Fantastycznej Czwórki”, jednak ich istnienie usprawiedliwiała ogólna tendencja zwyżkowa. Czy to przez wprowadzenie „Avengers”, czy odmiennych w treści i nastroju „Watchmen”, publiczność stała się bardziej świadoma i wymagająca. A przede wszystkim – nienasycona, cztery z dziesięciu najbardziej kasowych filmów roku dwa tysiące szesnastego to produkcje superbohaterskie, jeśli doliczymy spinoff gwiezdnych wojen – pięć. Piszę te słowa pod koniec dwa tysiące siedemnastego i wszystko wskazuje na to, że sytuacja się powtórzy.
Poza pojedynczymi strzałami z niespodziewanych miejsc, ten gatunek należy do dwóch komiksowych hegemonów: Marvela lansującego Marvel Cinematic Universe (MCU) oraz DC promującego DC Extended Universe. Marvel pod kierownictwem artystycznej legendy – Stana Lee, posiada pod swoimi skrzydłami Kapitana Amerykę, Iron Mana, Hulka, Thora i resztę Avengersów, DC zaś pręży muskuły Supermana, Batmana, Wonder Woman i Zielonej Latarni. Kevin Feige, producent filmowy i prezydent Marvel Studios ustanowił nowy standard, tworząc wszechświat zazębiających się bohaterów. Historii od siebie zależnych, wewnętrznie zazębiających i podnoszących znaczenie słowa „cameo” do rangi „promocji następnego obrazu”. Bo jaką rolę pełnił Doctor Strange w „Thor:Ragnarok”, niż uświadomienia widzów o istnieniu takiej postaci w uniwersum? Interakcje są starannie zaplanowane i przemyślane, nawet jeśli nie pasują do fabuły, a ich charakter niejednokrotnie zakrawa na komedię czy groteskę. Spider-man kradnie tarczę Kapitana Ameryki? W „Wojnie Bohaterów” jest to scena dramatyczna, w „Homecoming” nabiera komediowego rysu dzięki udokumentowaniu jej przez Petera na kamerze. W pewnym sensie „Spider-Man: Homecoming” jest ukoronowaniem tego, co Marvelowi udało się osiągnąć w kinie superbohaterskim, jest zmniejszeniem skali, przy powiększeniu rangi kina. Odzyskany superbohater – przez długi czas prawa do pajączka miało Sony Entertainment – budzi sympatię, jest ludzki w najbardziej przyziemny sposób, a jego stosunek do otaczającego świata zmienia się w miarę postępu fabuły.

DC próbowało dogonić swoją konkurencję, jednak minęło się ze zrozumieniem natury współczesnych bohaterów, którzy w pewnym sensie są parodią siebie samych. Superman nie pozostawia zbyt wiele miejsca na wątpliwości – jest najlepszy. We wszystkim i zawsze, nawet jego dramatyczne starcie z Batmanem nie pozostawia w nas wewnętrznego konfliktu, co dość dobrze udało się wcześniej wspomnianej „Wojnie Bohaterów”. Brak dystansu do własnych tworów mści się niemal w każdej produkcji ze stajni DC. „Legion Samobójców” był próbą nadgonienia za nowym stylem: wielu (anty)bohaterów, konflikt jaskrawych osobowości, mocna obsada, odważny remake znanych postaci i ogólne rozluźnienie atmosfery. Niestety, zabrakło tu czasu na lepsze poznanie każdego z uroczych złoczyńców, wytworzenie więzi niezbędnej, by taka produkcja budziła mocne emocje. Drugą wadą było zaniedbanie fabuły, przez cały film ma się raczej wrażenie rozwlekłych wizytówek, niż realnego konfliktu, to kolejny wyścig do promienia padającego z nieba, który z niejasnych przyczyn ma się okazać zagłada ludzkości. Mniej więcej w tym samym czasie na ekrany kin zawitał „X-men: Apocalypse” (MCU), który zredukował jednego z najciekawszych i najbardziej wyrazistych czarnych charakterów do bardzo podobnego, bezsensownego motywu. Jakby tego było mało, nikt nie uczy się na błędach. W najnowszej produkcji DC, będącej zarazem najsłabszą premierą w historii franczyzy (103 miliony dolarów w pierwszy weekend, przy budżecie wysokości 300 milionów), wielkie zło jest nie tyle niezrozumiałe, co… nudne.

Joker jest jednym z najlepszych archetypów złoczyńców, jakiego można sobie wyobrazić. Jest postacią złożoną, rządzącą ekranem i wyobraźnią widzów, czemu więc w galerii sław stoi odosobniony? Współczesne kino superbohaterskie używa zagrożenia jako bodźca do pokazania charakteru protagonistów, rozstrzygnięcie konfliktu jest oczywiste od samego początku. To droga, jaką dochodzi się do sukcesu, ofiary padające po drodze i przemiana postaci jest najważniejsza. I tu MCU znacznie lepiej sobie radzi, zmieniając bohaterów i zachowując te zmiany w kolejnych obrazach – playboy milioner z pierwszego Iron Mana jest kompletnie inny, niż zaręczony Tony Stark widziany w późniejszych produkcjach.

Osobną kategorią, która niebawem zaatakuje wielkie ekrany będą, czy raczej są filmy „zmierzchu tytanów”. Pierwszym z nich był „Logan”, luźno bazowany na komiksie „Old Man Logan”, przedstawiający tracącego moc Wolverina w dystopicznej przyszłości. Każda legenda musi doczekać się swojego końca, każdy bohater w końcu opuszcza scenę, i jeśli zaczynał od pełnego patosu dramatu, przeszedł przez groteskową komedię, to należy mu się dobre miejsce spoczynku. To będzie ostateczne miejsce potyczki dwóch gigantów, czy i w jaki sposób pozwolą swoim flagowym statkom odejść – prosto na dno, czy do muzeum.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top