Warszawa
ddnwierszem@gmail.com

Właściwy telefon

Strona autorska.

Właściwy telefon

Pośrodku miasta – takiego samego jak inne i przez to wyjątkowego – stoi wysoki blok, z góry spoglądając na ciągnące się po jego bokach jamniki, szkoły, zanikające z powodu dużych marketów sklepy i domy usługowe. Blok pełen jest ludzi, większość z nich opuszcza go codziennie rano po to, żeby wrócić popołudniu lub wieczorem, jest coś niesamowicie uspokajającego w tej cykliczności, ilekroć spoglądam przez okno na ich głowy, wyobrażam sobie że jest to przystań, z której wypływają i do której powracają statki. Gdy czasem któryś z lubianych przeze mnie sąsiadów nie pokazuje swojej twarzy, zaczynam się martwić myśląc, że zaginął na morzu, zjedzony przez fale, skuszony przez syreni śpiew, lub porwany przez sztorm.
W windzie spotkałem szpakowatego mężczyznę, uśmiechniętego dziadka, który pozdrawiał wszystkich mieszkańców bloku, a z niektórymi wchodził w rozmowy. Tego dnia był uśmiechnięty, lekko zgarbiony, w oku miał iskierkę humoru, która mogłaby należeć do kogoś młodszego o kilka dekad.
-Uszanowanie panie sąsiedzie, po zakupy idziemy? – spytał, ruchem głowy wskazując ściskaną przeze mnie torbę.
-Po zakupy – odpowiadam, próbując odwzajemnić uśmiech.
-Czego w domu zabrakło?
-Mięsa, warzyw… Kawy – bo przecież nie powiem, że kilku dobrych chwil.
-Czyli wszystkiego!
-Wszystkiego jest mi najbardziej brak.
Ze śmiechem na ustach wychodzi z windy, przytrzymuje mi drzwi.
Ludzie w większości są tutaj mili, w większości też znacznie ode mnie starsi. Kiedy jeszcze treścią mojego życia nie było czekanie na telefon, czułem się zobowiązany do tworzenia odpowiednich warunków, namolnie witając się z tymi mieszkańcami, którzy nie mieli tego w zwyczaju.
Z domu nie wychodzę często, za to mam sporo zajęć w mieszkaniu: czytam książki, sprzątam, spoglądam za okno, liczę przecinające niebo ptaki. Przede wszystkim czekam na telefon.
Wiem, że może dać mi on złudną nadzieję, wiem, że może wszystko skończyć, pozostawiając pustkę gorszą, niż obecna niepewność. A jednak czekam na niego jak na powrót wiosny, czekam wytrwale, jednak zdecydowanie niecierpliwie. Czasem spoglądam na aparat ze złością, jakbym miał chwycić młotek i roztrzaskać jego elektroniczne wnętrzności w pył. Innym razem boję się, gdy jego sygnał mnie wzywa – boję się, że to ten moment, że właśnie teraz poznam odpowiedzi na pytania, które od tak długa nie pozwalają mi spać. Staram się z nikim o tym nie rozmawiać, sam nigdy nie przepadałem za tymi, którzy uskarżają się na swój los, pogrążając innych w swojej wewnętrznej czerni. Ze mną nie jest źle, przecież zawsze mogłem nie mieć na co czekać, prawda?
Gdy wyszedłem na balkon, przywitały mnie miliony jasnych światełek – każde z nich było zamieszkanym pokojem, może mieszkaniem z rodziną, może kawalerką z samotną duszą, wielu z nich rozmawiało właśnie ze sobą. Ja już dawno temu zaakceptowałem to, że otwierając usta w innym celu, niż jedzenie, przemawiać będę jedynie do siebie. Miało to sens tak długo, jak mogłem poczuć obecność po drugiej stronie słuchawki. Jeśli wystarczająco długo będę czekał, jeśli starczy mi sił, żeby ze sobą wytrzymać do momentu, w którym telefon zadzwoni… Nie byle jaki, nie żaden telemarketer czy daleki krewny z prośbą o pomoc, nie znajomy ze szkoły podstawowej, reklamujący swoje usługi wulkanizacyjne. Ten właściwy telefon, to wszystko może się ułożyć.
Spoglądam na głowy przechodniów, ich niezmęczony pęd, pod blok podjechała karetka na światłach, sanitariusze w czerwonych kurtkach przemknęli przez ulicę, dzieci z pobliskiej szkoły przylepiły się do płotu. Młodzi obserwatorzy zostali wezwani przed salę gwizdkiem Wfisty. Ja czekałem na telefon, uprzejmie niezainteresowany otaczającym światem. Obowiązkowy i dokładny jak zawsze, jednak w ten sposób, który mówi „dajcie mi przestrzeń”.
Czasami słyszałem, jak ludzie rozmawiają przez telefon, jak się kłócą i godzą, wyzywają i wyznają miłość. Nienawidziłem ich za to, jakby ich rozmowy były kpiną z mojej sytuacji, jakby robili to na złość i wbrew mnie – potem wstydziłem się swoich uczuć.
Gdy telefon mruga z powodu słabej baterii czuję, że moje serce zwalnia. Może to właśnie sposób na przetrwanie? Wyłączyć go, dając sobie szansę na życie bez wiecznego czekania, bez każdej chwili spędzonej bez tej jednej, nachalnej myśli. Chciałbym mieć w sobie tyle siły, naprawdę chciałbym, jak i wiem, że to głupota. W końcu czekam na to już tyle, że obowiązkiem wobec siebie samego jest doprowadzić to do zamknięcia. A jeśli do niego nie dojdzie – to już poza moją jurysdykcją.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *